Szkoła dla dzieci podróżników – rekrutacja w toku

Szkoła dla dzieci podróżników – rekrutacja w toku

 

Praca i życie w podróży. To marzenie która da się zrealizować tylko nielicznym.

Rodzina żeglarzy i podróżników, Kapitanowie Adama i Edyty Jakubczak, od lat żeglują i podróżują wraz z dorastającą córką Kalinką. Pływają po morzach i oceanach przez 11 miesięcy w roku. Pokonali wiele trudności dla życia w podróży. Teraz dzielą sie z nami doświadczeniem podczas realizacji nowego projektu Reality Sailing 24.

Projekt www.RealitySailing24.com ma przybliżyć innym prawdziwe życie żeglarzy i podróżników. Nauczyć też innych jak pokonać skutecznie trudności życia w podróży i dla podróży.

Szczególne życie z domem poza granicami kraju, na pokładzie jachtu lub w ciągłej drodze to nie tylko poznawanie nowych kultur środowisk, krajów i kontynentów. Nie da się przecenić wartości poznawczej takiego życia, to wspaniałą nauka nie dająca się z niczym porównać, szczególnie dla dzieci. Życie z dala od kraju to jednak też trudność spełnienia obowiązków formalnych spoczywających na rodzicach. Dzieci polskie są zobowiązane do realizacji obowiązku szkolnego do 18 roku życia. Do tej pory rodzice musieli pogodzić się z całkowitym przejęciem edukacji (bardzo dużą odpowiedzialnością) lub rozłąką z dziećmi. Dla wielu to byłą granica odpowiedzialności rodzica nie do przekroczenia.

Córeczka żeglarzy Adama i Edyty uczy się w ośrodku ORPEG, pozwalającej na realizację obowiązku szkolnego na odległość, to szkoła dla dzieci przebywających czasowo poza terenem kraju.

Za pomocą strony on-line Kalinka uczestniczy w zającach. Wszystkie zajęcia dodatkowo są dla niej dostępne of-line jeśli w danej lekcji nie mogła uczestniczyć. Co miesiąc każdy przedmiot podsumowuje jej samodzielna praca pisemna (test) podsumowujący przerobiony materiał. Co roku każdy przedmiot kończy się egzaminem w szkole ORPEG w Warszawie, w uzgodniony wcześniej terminie.  Dziewczynka podczas lekcji ma kontakt z nauczycielami którzy śledzą jej postępy i też kontaktują się z rodzicami.

….Ośrodek Rozwoju Polskiej Edukacji za Granicą istnieje od wielu lat (ORPEG). Koordynuje zadania związane z organizacją kształcenia dzieci obywateli polskich czasowo przebywających za granicą.

Zgodnie z § 4 >> rozporządzenia Ministra Edukacji Narodowej z dnia 31 sierpnia 2010 r. w sprawie organizacji kształcenia dzieci obywateli polskich czasowo przebywających za granicą (Dz. U. z 2014 r. poz. 454.), dzieci obywateli polskich czasowo przebywających za granicą mogą spełniać obowiązek szkolny i obowiązek nauki przez:

  • uczęszczanie do szkoły działającej w systemie oświaty innego kraju;
  • uczęszczanie do szkoły europejskiej działającej na podstawie Konwencji o Statucie Szkół Europejskich;
  • uczestniczenie w kształceniu na odległość, prowadzonym przez szkoły im. Komisji Edukacji Narodowej w Ośrodku Rozwoju Polskiej Edukacji za Granicą w Warszawie, obejmującym realizację ramowego planu nauczania.

Dla uczniów spełniających lokalny obowiązek szkolny przewidziano uzupełniający plan nauczania z zakresu języka polskiego i wiedzy o Polsce. Dla uczniów, którzy z uzasadnionych względów nie są w stanie realizować obowiązku szkolnego przewidziano ramowy plan nauczania.

Kształcenie na odległość w szkołach w Ośrodku Rozwoju Polskiej Edukacji za Granicą, obejmujące ramowy plan nauczania, mogą realizować uczniowie czasowo przebywający za granicą:

  • podróżujący, niemający stałego miejsca zamieszkania;
  • którym uwarunkowania życiowe/praca uniemożliwiają realizację obowiązku szkolnego/nauki w systemie lokalnym (np. sportowcy, artyści, itp.);
  • w kraju, w którym ze względu na okres trwania obowiązku szkolnego nie mogą kontynuować nauki szkolnej.

Zgodnie z rozporządzeniem Ministra Edukacji Narodowej z dnia 27 sierpnia 2012 r. w sprawie podstawy programowej wychowania przedszkolnego oraz kształcenia ogólnego w poszczególnych typach szkół (Dz. U. z 2012, poz. 977 z późn. zm.) oraz rozporządzenia Ministra Edukacji Narodowej z dnia 14 lutego 2017 r. w sprawie podstawy programowej wychowania przedszkolnego oraz podstawy programowej kształcenia ogólnego dla szkoły podstawowej, w tym dla uczniów z niepełnosprawnością intelektualną w stopniu umiarkowanym lub znacznym, kształcenia ogólnego dla branżowej szkoły I stopnia, kształcenia ogólnego dla szkoły specjalnej przysposabiającej do pracy oraz kształcenia ogólnego dla szkoły policealnej (Dz. U. z 2017, poz. 356) szkoły w Ośrodku Rozwoju Polskiej Edukacji za Granicą w Warszawie, realizują programy nauczania uwzględniające podstawę programową kształcenia ogólnego, określoną w ww. przepisach. Kształcenie w szkołach w ORPEG jest nieodpłatne

Warunkiem przyjęcia ucznia do Szkoły realizującej ramowy plan nauczania jest wypełnienie oraz przesłanie do ORPEG pełnej dokumentacji zgłoszeniowej, stanowiącej udokumentowanie pobytu za granicą oraz poświadczenie braku możliwości podjęcia nauki w szkole w kraju obecnego zamieszkania. Specyfikę sytuacji należy dokładnie opisać w podaniu kierowanym do dyrektora ORPEG, zawierającym prośbę o przyjęcie do Szkoły.

 

Termin składania dokumentów – do dnia 31 sierpnia 2017 r. Dokumenty należy składać osobiście lub listownie na adres ORPEG…. materiał pochodzi ze strony http://www.orpeg.pl/

Istnienie ORPEG to możliwość pracy poza granicami kraju i ciszenia się bycia z rodziną. Ośrodek jest bardzo potrzebny a uczenie się w nim jest satysfakcjonujące i daje też dzieciom radość kontaktu podczas lekcji z nauczycielami i rówieśnikami nawet na końcu świata.

 

Nasza córeczka Kalinka, czaka zawsze na następną lekcją. Jej radość i uśmiech to dla nas siła na wspólne pokonywani mórz i oceanów.

 

 

 

 

 

 

 

Zapraszamy do innych wiadomości i porad na stronie www.RealitySailing24.com

Autor Cap. Adam Jakubczak

 

Artykuł ukazał się w miesięczniku ŻAGLE

http://zagle.se.pl/wydarzenia/szkola-dla-dzieci-podroznikow-rekrutacja-w-toku,1_19412.html

 

Ogień w Chorwacji, już na granicy morza

Ogień w Chorwacji – na granicy morza

 

Pływamy z żoną po Morzu Adriatyckim od wielu lat a ogień nadal budzi mój niepokój i poczucie zagrożenia. Dlaczego przecież występuje to od lat systematycznie.

 

W Chorwacji ogień to żywioł nie budzący już takiej trwogi jak o tym mówimy w Polsce. Choć jego skutki są katastrofalne i pochłania on wspaniałą niepowtarzalną przyrodę to występują tak często że przestaje dziwić. Występuje niemalże obok, jak polskie wiosenne powodzie tylko że przez większość sezonu. Po prostu ogień tu jest częścią przyrody. Wszyscy są na niego gotowi. Wypracowano to po latach kataklizmów. To ogień odnawia miejscową florę i faunę, jest częścią przyrody.

Tylko w tym roku ugaszonych pożarów jest już ponad 215.

 

Wczoraj 26 lipca na kanale Sibenickm (droga morska prowadząca do znanych wodospadów Krka) ogień zajął wspaniałą górą mijaną od lat przez żeglarzy.

Przyglądałem się akcji z morza. To dziwne uczucie zobaczyć jak do dobrze mi znanego żywiołu wody dołącza ogień. Jak przez chwilę żyją obok siebie. Nie wiedziałem z ogniem nie da się współpracować i współistnieć jak na morzach i oceanach robię to  wodą. Po sztormie wszystko wraca do stanu poprzedniego po ogniu powrót pięknej natury zajmie lata.  Jednak w Chorwacji nikt z moich przyjaciół nie zareagował tak ostro na widok ognia koło własnych domów i pracy jak ja.

Jak podobni jesteśmy do Chorwatów choć też inni. Mamy inne lęki, wypracowane latami innych doświadczeń.

Akcja rozpoczęta po godzinie 17 zakończyła się przed zmierzchem.  W trzy godziny pożar obejmujący kilka kilometrów kwadratowych został profesjonalnie ugaszony. Ogień został powstrzymany kilkaset metrów przed miejscową kaplicą i osadami ludzi. Wszyscy byli pod wrażeniem szybkości i skuteczności akcji.  I tym razem ogień też nie zagroził drogom wodnym choć zbliżył się do nich aż niewiarygodnie. Mnie zdziwił spokój opanowanie i zaradność miejscowej ludności i służb. Akcja którą widziałem od początku do jej zakończenia przebiegła modelowo jak na szkoleniu. Podziwiam ludzi którzy zaakceptowali i żyją obok nie tylko wody ale i ognia !

Oby wszystkie akcje jak ta omijały domy, ludzi i podobnie szybko radzono sobie z ogniem.

Chorwacja była i nadal pozostaje najbezpieczniejszym europejskim akwenem dla żeglarzy. Jest profesjonalnie przygotowana do obsługi turystów oraz żeglarzy. Ogień to część przyrody, jest groźny ale też doskonale tu znany i doskonale są na niego przygotowani.

 

Czy zatem my sami możemy pomóc w zachowaniu tego wspaniałego miejsca dla Nas wszystkich. Oczywiście, zabierajmy ze sobą do Chorwacji zawsze zdrowy rozsądek. Zawsze miejmy w Chorwacji przy sobie telefon, bo najpierw trzeba powiadomić o ogniu i im wcześniej tym skutki jego będą mniejsze. Nigdy nie nocujmy w Chorwacji miejscach odosobnionych „na dziko” ogień porusza się z ogromną prędkością.  Cieszmy się Chorwacją i szanujmy ją na morzu i na lądzie.

Resztą zajmą się Chorwaci,

 

Autor Kapitan Adam Jakubczak

Artykuł ukazał się w portalu Medium Publiczne

Chorwację trawi ogień. Płomienie dotarły do granicy morza

Jacht S/Y SISTRUM – pełen serwis sezonowy zakończony

Jacht S/Y SISTRUM – pełen serwis jachtu wiosna 2017 zakończony

Nasz pobyt w Afryce to zawsze piękne wspaniałe wspomnienia. Warto zawsze Afrykę zwiedzać pamiętając o bezpieczeństwie.

Podczas naszych wypraw odwiedzamy wymagające wody i stacjonujemy w trudnych słabo przygotowanych portach Afryki. Dla bezpieczeństwa załóg i komfortu pływania dwa razy w roku robimy serwis jachtu w suchym doku.

Szczególnie zakończenie sezonu na oceanie, dwa miesiące w Afryce i Wyspy Kanaryjskie to wystarczający powód na wykonanie przeglądu silnika, układu napędowego, sterowego oraz olinowania. Słowem pełen serwis i diagnostyka.

Wybrzeże Oceanu pełne jest jednostek nie dość dobrze przygotowanych

Afryka i wody Oceanu Atlantydzkiego u jej wybrzeża są szczególnie niebezpieczne i zanieczyszczone.

Wiemy też że właściwie wszystkie porty całego basenu Morza Śródziemnego mogę być niebezpieczne w niekorzystnych warunkach. Wody i porty nawet dobrze nautyczne przygotowane mogę nas nieprzyjemnie zaskoczyć.

Wiemy przecież że żeglarstwo na otwartych wodach bywa zaskakujące i tak naprawdę nic to nie zmienia w żeglarstwie.

Prawdziwi żeglarze i podróżnicy przecież szukali, szukają i będą szukać pięknych wód i miejsc. Nie zawsze są one komfortowe. Jednak poznawanie wartościowego świata to też poznawanie siebie i miejsc takich jakie są.

Przyzywając podróże nie zawsze wiemy jakie zastaniemy warunki szczególnie w miejscach gdzie nocujemy i w środkach naszego transportu.

                                Burta po serwisie 2017

Dlatego żeglarstwo to poza cudownym sportem też wyjątkowa baza dla podróżników ! Na jachcie mamy ze sobą kilkanaście ton własnego bezpiecznego sprzętu i wyposażenia dającego nam komfort. Jego niezawodność to nie tylko przygoda ale też bezpieczeństwo i przyszłość.

Jacht jest naszym domem, podstawą transportu i bezpieczeństwa, jego niezawodność, nowoczesność oraz funkcjonalność to ciągła niekończąca się praca. I przyjemność unowocześniania !

Jako instruktorzy mamy dodatkowy obowiązek uczyć posługiwania się nie tylko narzędziami i sprzętem znanym od pokoleń ale też najnowszymi zdobyczami techniki. Wyposażenie bezpieczeństwa i urządzenia poprawiające niezależność jachtu powinny być zawsze unowocześniane i w doskonałym stanie.

Jacht po serwisie 2017

Komunikacja naziemna i satelitarna, indywidualne i grupowe środki ratunkowe, mapy też elektroniczne zawsze powinny być nowoczesne i systematycznie uzupełniane.

Dlatego też tylko w tym sezonie wszystkie nasze jednostki zostały wyposażone w nowe duże Plotery Raymarine na górnych pokładach, najnowsze elastyczne panele słoneczne i nowoczesne magnetyczne prądnice wiatrowe.

Cały jacht i wszystkie układy przeszły dokładny przegląd i serwis w suchym doku.

Wszystkie jednostki są wyposażone w komunikację satelitarną pozwalającą na komunikacje w niebezpieczeństwie ale też w bezpieczeństwie.

Dodatkowo burta naszego jachtu SISTRUM została doskonale wypolerowana.

Podwodzie zostało oczyszczone i pokryte 4 warstwami najnowszego czarnego antyfulingu firmy HENKEL.

Pokład po serwisie 2017

Sam pokład po kilku dniach ciężkiej pracy całego zespołu serwisowego został pokryty nowym Holenderskim Teakiem. Wielokrotnie odporniejszym od dotychczasowego pokrycia pokładu. Jacht znów ma podniesiony komfort, wytrzymałość.

Pod naszym dowództwem i dzięki wyjątkowym załogom dodatkowo jacht zyskuje duszę dając przygodę i bezpieczeństwo załogom na morzach i oceanach !

Serwis wiosna 2017 oraz projekt Reality Sailing 24

To jednak tylko początek przygotowań do realizacji wyjątkowego i pierwszego tego typu projektu w kraju. Reality Sailing 24.

Po jego zakończeniu projektu, też dzięki Wam jacht zostanie wyposażony w najnowsze urządzenia komunikacyjne, jednocześnie damy do nich Wam dostęp tworząc niepowtarzalną praformę edukacyjną i przygodową.

Załączony powyżej schemat instalacji na jachcie ma dwa kolory;

Niebieski elementy na schemacie;

Instalacje i unowocześnienia serwisu wiosna 2017 to najważniejsze instalacje znacząco podnoszące bezpieczeństwo jachtu.

Podczas serwisu został wymieniony pokład Teakowy a jacht został gruntownie odświeżony !

Czerwony elementy na schemacie;

Instalacje i unowocześnienia Projektu Reality Sailing 24 to wyjątkowe wyposażenie pozwalające wszystkich z domów z pracy i platformy własnych komputerów uczestniczyć przez 12 miesięcy i 24 godziny w naszym rejsie. Dzięki nowoczesnej platformie stworzymy doskonałe materiały edukacyjne i wyjątkową możliwość uczestniczenia w prawdziwej wyjątkowej przygodzie !

Patronat medialny projektu Reality Sialing 24 to; TVP2, Magazyn ŻAGLE i PODRÓŻE

Więcej opowie film promocyjny, zapraszamy też na stronę www.realitysailing24.com

P.S. Dziękuje Kapitanowi Krzysztofowi, Oficerowi Jarkowi, Żonie Edycie, córce Kalince i dziadkowi Marianowi oraz wszystkim uczestniczącym w serwisie.

Praca z Wami to byłą przyjemność a jacht dzięki Wam jest piękny i doskonale przygotowany ! Jesteście wyjątkowi !

Wielbłądy na ulicy w zachodniej Saharze

Wielbłądy na ulicy  w zachodniej Saharze

Na mapie miedzy Maroko a Saharą zachodnią była jeszcze granica

My czyli ja z mężem i nasz córka, przejechaliśmy przez nią w ogóle jej nie zauważając, były normalne posterunki jak w Maroko i nic po za tym. Oznaką tego że jesteśmy w innej części Afryki mogło być to że zrobiło się strasznie dużo piasku dokoła. Również na drodze ekspresowej ciągnąca się przez całe państwo, tak naprawdę to przez całe państwo ciągną się 2 drogi z północy na południe  i na tym koniec cała reszta to radosny przypadek  może uda ci się przejechać i trafić do celu a może nie  ze świeczką szukasz śladów samochodu na ziemi możesz poczuć się jak tropiący Indianin gdyż jeszcze przed chwilą wyraźne ślady opon nikną nagła i bez ostrzeżenia nikt poza miejscowymi nie potrafi samodzielnie dotrzeć  GPS i Google do niczego się nie przyda  sprawdziłam kiepsko dają radę


W każdym razie najlepszym źródłem informacji są policjanci na punktach kontrolnych rozstawionych na wjeździe do każdego miasta. Są też bardzo uczynni i przyjacielscy chętnie wszystko tłumaczą jeśli tylko znają choć trochę angielski. Najczęściej w ogóle nie rozumieją co się do nich mówi bo mówią tylko po francusku  więc z angielskiego i przyjacielskiej konwersacji nici  Za to bardzo są zadowoleni jak od naszego dziecka dostają garść cukierków  żegnają nas i witają kiedy tyko przejeżdżamy obok nich serdecznymi wymachiwaniem rąk  z daleka nas rozpoznając


W każdym razie na drodze są wydmy  poprzednim razem żeby je zobaczyć jechałam aż do Merzougi w Maroko .Teraz są wszędzie i nie trzeba ich specjalnie szukać same nas znajdują . Jedziemy drogą mijamy jedną wydmę później następną a później wydmy wchodzą na drogę  co powoduje konieczność sypkiego ich mijania jak niepostrzeżenie wyjdą z za zakrętu  nie wszystkim się udaje  spotkaliśmy dwa tiry którym się nie udało
Początkowo chciałam poszukać też dromaderów  w Zachodniej Saharze to też jest proste same nas znalazły wszędzie były znaki ostrzegające przed nimi. Wjechaliśmy na jej terytorium w środku nocy i nie bardzo było widać dlaczego. Dopiero w dzień można było zauważyć że jest to jak najbardziej realne zagrożenie. Podobnie jak łosie albo wieloryb, dromadery w nosie mają przepisy drogowe i prawo drogi
Jadąc przez pustynię zobaczyliśmy najpierw dromadery pasące się pod ogromną elektrownią wiatrową która była aż po horyzont, Zbudowana przez Maroko na terenie Zachodniej Sahary, przy tych ogromnych przestrzeniach i pięknych widokach wyglądała ona zupełnie irracjonalnie . Jechaliśmy mijając je i zachwycając się nimi z bliska oglądając całe stada dromaderów, z małymi. W pewnym Momocie naszą uwagę przykuła grupa wielbłądów drapiących się o słupy wysokiego napięcia.
Podjechaliśmy bliżej prąd przesyłany z elektrowni wiatrowej aż warczał groźnie  Im kompletnie to nie przeszkadzało  dalej spokojnie drapały się o słup z przyczepioną trupią czaszką


A później te same dromadery spowodowały zatrzymanie ruchu na jednej z dwóch dróg w państwie  Miałam wrażenie że specjalnie wyłażą na drogę jak tylko widzą nadjeżdżający samochód, może pragnęły zainteresowania  i po prostu były bardzo towarzyskie to jedyne wytłumaczenie jakie wtedy przyszło mi do głowy, przecież takie sympatyczne zwierzaki nie mogą być takie złośliwe Prawda ?
Spędziliśmy w Maroko i zachodniej Saharze 2 miesiące, był to czas zaskakujący i pełen przepięknych widoków, sympatycznych zwierząt i przyjacielskich ludzi i mnóstwa śmiesznych sytuacji  Zdecydowanie miałam za mało czasu żeby nacieszyć się tymi miejscami i z pewnością poświecę przynajmniej jeszcze raz tyle czasu na ponowne zwiedzanie tego kraju

Wyprawa z pokładu 2 i 3/4 – Atlas Wysoki i zimowe zdobycie Jabal Tubkal 4167 npm.

Wyprawa 2 i 3/4 – Atlas Wysoki i zimowe zdobycie Jabal Tubkal 4167 npm.

 

Zimowe wejście na Jabal Tubkal w Afryce – Szczyt Jabal Tubkal 4167 npm

Dzisiaj Zachodnia Afryka płacze. Sahara łapczywie czerpie wodę z deszczu a my marzniemy.

Ciepło tu jest tak ulotne jak woda.

To doskonały czas na refleksje i wspomnienia. Aż trudno uwierzyć jak wiele się wydarza podczas wypraw w Afryce.

 

Trzeci tydzień wyprawy

To już drugi tydzień od zakończenia maratonu w Marrakeszu i trzeci od naszego zimowego wejścia na najwyższy szczyt Atlasu Wysokiego (najwyższych gór Afryki północnej).

To dobry dzień, pełen deszczu, dobry na podzielenie się nadal żywymi wspomnieniami i doświadczeniem.

Ponieważ moje podróże przez Maroko trwają już od wielu lat, wiele miesięcy w roku, czuje że mogę sobie pozwolić na dzielenie się wskazówkami.

Nasze życie podróże to wyprawy z pokładu jachtu. Pływamy nim cały rok. Zimą w poszukiwaniu lata docieramy co roku do Afryki. W tym roku już od 6 tygodni prowadzimy wyprawę na Saharze.

 

Marrakesz – Komfortowy Riad Suliman, właścicielka to mieszkanka Maroka, przewodniczka, polka i podróżniczka Dagmara

Po pierwszych tygodniach spędzonych wśród bezdroży nad granicą z Algierią postanowiliśmy odpocząć w Marrakeszu.  Tu kilka przyjemnych komfortowych chwil spędziłyśmy w Riadzie Suliman.

W tym czasie nasz jacht dopłynął do Agadiru i cała załoga dołączyła do nas.

Żeglarze są wytrwałymi ludźmi z otwartymi sercami na przygody i poznawanie.  Dzięki temu wszystkie nasze wyprawy z pokładu jachtu cieszą się powodzeniem.  I tym razem cała załoga uczestniczyła w poznawaniu kultury Maroka i Berberów. Te dwa dni jakie zaplanowaliśmy w rejsie między Rabatem a Agadirem wystarczyły ośmino osobowej załodze na poznanie wszystkich cudów jednego z najpiękniejszych miast u podnóża gór Atlasu Wysokiego. Śniadania w klimatycznym komfortowym Riadzie oraz całe dni na ulicach tętniącego życiem miast i placu Jamaa El Fa.

 

W tym czasie ja z dwojgiem śmiałków z jachtu wyruszyliśmy na szczyt Jabal Tubkal.

Zachary i Kapitan Kuba. Zadziwiająco dużo pasji ekstremalnych wiąże ludzi morza i gór. Tym razem Zachariasza i Kubę wiążą ze mną góry, morze, a dodatkowo jeszcze skoki spadochronowe i sporty walki. Oboje okazali się dobrymi i wytrawnymi kompanami tej wyprawy. Miło wchodzić w górę z osobami otwartymi na przygodę. W marcu 2016 roku zdobyłem szczyt w podobnie dobrym towarzystwie. Choć teraz towarzyszył mi nie tylko kolega ale i przyjaciel Kuba.

Pewnie nie bylibyśmy sobą nie organizując tej wyprawy zimą. Temperatura podana na pozycję schronisk to -21 stopni.  Cóż ten szczyt Atlasu Wysokiego nie stanowi trudności wspinaczkowej. Droga do niego jest prosta a sama ścieżka łatwa do zgubienia. Choć jest to możliwe żeby i tu zabłądzić.

Po moim wiosennym zdobyciu szczytu w kilkadziesiąt godzin z pokładu jachtu, czyli z wysokości 0 nad poziomem morza, wydawało mi się że na szczyt należy do łatwych choć wyczerpujących. W dzień po naszym zejściu na szczycie były śmiertelne zaginięcia. My wykorzystaliśmy okno pogodowe, musieliśmy jeszcze zdążyć na jacht i dopłynąć do następnego portu Safi , realizując też plan wyprawy żeglarskiej.  Na nas wtedy czekał na pokładzie Kuba Jakubczyk, polski himalaista. Zdobywca Jabal Tubkal i większości szczytów korony ziemi. Szkoda że tej wyprawy nie odbyliśmy razem jednak wszyscy wiemy że w górach i na morzu króluje natura a my szukamy miejsca dla siebie w jej kaprysach. Oboje znając Tubkal nie mogliśmy później uwierzyć że tam mógł ktoś tak bez sensu zginąć.

Zimowe wejście na Jabal Tubkal w Afryce – baza Imlil

Byłem zdziwiony i przerażony. O zaginięciu całej grupy na szczycie, która martwa została odnaleziona kilka dni później, dowiedziałem się po kilku miesiącach. Straszni, nieprawdopodobne ale jednak prawdziwe.

Wtedy była wiosna, temperatury oscylowały wokół kilku stopni poniżej zera. Teraz mieliśmy trudniej. Cóż chyba nie wybrał bym się na Jabal Tubkal przed Listopadem i po marcu.

Od wiosny do później jesieni to uczęszczany szczyt. Od kilkudziesięciu do kilkuset osób codziennie zdobywa szczyt. To dla mnie za dużo. Od Listopada do marca szczyt zdobywa kilka osób, wszyscy przygotowani i wyjątkowy. Zdecydowanie bardziej odnajduje się na drodze, gdzie pojedyncze ślady i doświadczenie szlaku górskiego wskazują drogę. Inaczej jak co kilka minut kogoś mijam a w schroniskach nie ma gdzie usiąść. Tak spędziłem młodość w Tatrach i wiem o ile lepiej smakują góry gdzie ludzi jest mało w schroniskach prawie wszystkich poznajemy i nie jesteśmy bezosobowi. Oczywiście jak zawsze wybór pozostawiam Wam.

 

Zimowe wejście na Jabal Tubkal w Afryce – baza Imlil i wypożyczalnie

Podczas przygotowania do wejścia na szczyt zajrzeliśmy jeszcze do Decatlonu w Marrakeszu. Tam przy zaopatrzeniu porównywalnym z polskim uzupełniliśmy zapasy w rzeczy których nie warto było zabierać do samolotu z polski.

Mnie ze sprzętem było łatwiej. Na jachcie mam wszystko by z wielu portów po drodze zdobywać góry, jaskinie i inne piękne niepowtarzalne miejsca.. Od Czarnogórskich Gór Przeklętych, przez Góry Siera Nevada w Hiszpanii, przez wulkany wysp Eolskich oraz przez Góry Atlas i Teidę na Oceanie na Wyspach Szczęśliwych. Zatem po pierwszych zakupach sprzęt osobisty wynajęliśmy w Imlil. To miasto gdzie rozpoczyna się wyprawy w tą część Atlasu Wysokiego.  Z Marrakeszu to 80 km. Stamtąd też regularnie kursują busy do miasta Imlil. My wiemy że dotrzemy na miejsce późno i wyjedziemy następnego dnia w nocy. Zatem zabraliśmy samochód.  Nie jest potrzebny samochód terenowy, wystarczy najtańszy a koszt wynajęcia samochodu to od 25 do 35 euro za dzień.

W Ilmil poza sezonem wynajmiemy bez żadnego problemu buty, czekan, plecak, raki, czekan i kije trankingowe. Dwa dni to około 20 Euro za czekan raki i buty. Oczywiście tu też należy się targować. Przecież jesteśmy w Maroku. Koszt przewodnika to ok 50-60 euro. Przy pierwszym zimowy wejściu zalecam przewodnika. Znajdziecie osoby mówiące po angielski, francusku i hiszpańsku. Droga jest prosta jednak nie na pierwszy raz zimą. Prosta jak jest prosto i jesteście sprawni.  Ponad schroniskiem nie ma zasięgu żadna sieć komórkowa i pomoc nie nadejdzie na pewno drogą powietrzną. Dlatego wśród Was powinna być osoba która uratuje nie tylko siebie ale też Was jak będziecie tego potrzebować. Powinniście mieć też urządzenie do wezwania pomocy bez użycia telefonu. Są dziesiątki takich urządzeń satelitarnych.  Wybór należy do Was. Ale na pewno zapiszcie telefony do schronisk i do kilku hoteli w Imlil. Tam będą mówić po angielsku i Wam pomogą jak będziecie mieli zasięg. I najważniejsze powiadamiajcie gdzie idziecie i kiedy planujecie powrót. Schemat oczywisty ale ważny nie jak jest fajnie tylko jak coś się dzieję. Czyli oby nigdy !

Droga

Zimowe wejście na Jabal Tubkal w Afryce – pierwsze szczyty Atlasu Wysokiego

Droga do schronisk to 11 km. Wyszliśmy koło 18 zatem na miejscu byliśmy kilka godzin po zmierzchu.

Nie mogliśmy sobie darować kolacji w miejscowym domu. To ile płacimy za sytą dobrą kolację, około 4 euro za osobę, wystarczy rodzinie na tydzień życia bez lęku o ciepło i jedzenie. Życie w Atlasie nie rozpieszcza mieszkających tam Berberów. Są tam domy bez energii elektrycznej z sieci, większość nie ma kanalizacji i wiele nadal ma problem z wodą. Praca to tylko służby miejskie (czyli zatrudnienie dla kilkudziesięciu osób)  i i usługi. Czyli kilkudziesięciu turystów dziennie utrzymuje całe miasto przez większość zimy.

Ale pamiętajmy że mieszkańcy gór Atlas to w zdecydowanej większości to pogodni ludzie. Rodzina, dzieci, jedzenie i ciepło to podstawa ich szczęścia. Nie wszyscy potrzebują i oczekują życia podobnego do naszych. Oni czasem pytają z większym zainteresowaniem o szczegóły naszego życia niż my o ich. Podobnie jak ja nie marze o życiu na Hawajach oni są przywiązani do swoich tradycji i ziemi. Najlepsze co możemy im dać to pracę. Zatem więc zatrudniajmy ich wszędzie tam gdzie to jest możliwe. Ich praca daje im wystarczające utrzymania, a ceny za ich pracę są naprawdę niskie.  Dla przykładu o 19 o zmroku piliśmy przy nas wyciskany sok pomarańczowy. To była wysokość grubo ponad 2000 npm. za który płaciliśmy po 1 euro za szklankę. Na sok składało się 8 całych pomarańczy wyciskanych przy nas.  Cudowny smak i nasze przejęcie jak cieszył się sprzedawca z jeszcze ostatnich tego dniach klientów. Przed nami była para polaków, i po nas też była para polaków. Tych drugich mijaliśmy w drodze na szczyt. Nie pamiętam imion ale nasz zdziwienie pamiętam. Przywitali nas polskim „cześć” i wiedzieli że jesteśmy polakami. Zakładali się czy ktoś poza polakami może wchodzić nocą w Atlas Wysoki. Mieli rację, tego dni dogoniliśmy inną parę wspinaczy, też polaków 🙂

To byli Justyna i Kuba, później spędziliśmy z nimi wieczór i kawał drogi na szczyt następnego dnia.

 

Noclegi

Zimowe wejście na Jabal Tubkal w Afryce – widok z pod szczytu na Północny Zachód

Droga doliną z Imlil, jest długa i czas wolno biegnie szczególnie nocą. Po kilku godzinach byliśmy w schronisku. Wybraliśmy tym razem schronisko zarządzanie przez Francuzów Les Muflos. Drugie jest zarządzane przez Marokańczyków AzibTamsolut. Wybór nie jest prosty. W Marokańskim schronisku jest taniej latem jest tam więcej ludzi, a układ kuchni, jadalni i łazienek jest tradycyjny dla Maroka. Czyli jest ascetycznie. W schronisku Francuskim jest cieplej tylko w jadalniach. W pokojach my zastaliśmy minus 4 stopnie. Ku mojemu zaskoczeniu woda zostawiona przy łóżku rano była całkowicie zamarznięta. Jednak o tej porze roku spotkaliśmy wielu wspinaczy, w tym polaków z którymi następnego dnia planowaliśmy zdobyć szczyt. Pobyt w schronisku to 17 Euro, 5 euro kolacja i 3,5 euro za śniadanie. Przeliczam miejscową walutę na euro świadomie dając Wam relację do niskiej wartości sum wydawanych tak wysoko i to w zimie. W rzeczywistości możecie płacić też w miejscowych dirhamach. Zatem schronisko jest relatywnie tanie a atmosfera doskonala.

Pocieszę Was. W schronisku Francuskim mamy europejskie łazienki (choć temperatura jest zimą w nich minusowa), posiłki są syte i ciepłe podawane w pomieszczeniach z ciepłymi kominkami. Są miejsca gdzie wysuszymy i nagrzejemy ekwipunek. Sypialnie, jak to w schroniskach. Macie koce do woli, są ciepłe choć zakurzone, a pomieszczenia nie mają ogrzewania. Jednym słowem dobre warunki do aklimatyzacji. Zalecam zabranie małych śpiworów. Po pierwsze jako prześcieradeł w schronisku i na wszelki wypadek na podczas wyprawy.

My mieliśmy ze sobą też kartusze, maszynkę i własne jedzenie. Śniadanie i gorącą wodę na dzień następny przygotowaliśmy sami. Choć z kolacji po nocnej drodze skorzystaliśmy miejscowej.

Zimowe wejście na Jabal Tubkal w Afryce – droga i powrót ze szczytu to zapierające dech w piersiach niepowtarzalne widoki

Wybieraliśmy też tym razem szybki wariant wejścia, przepakowaliśmy jedzenie, wodę, apteczki i na wszelki wypadek maszynkę do jednego plecaka. Wyszliśmy znów dość późno, jednak wraz z parą poznanych polaków wyszliśmy jedyni na najwyższy szczyt.

Pierwszego dnia jak weszliśmy do schroniska obsługa wiedziała że jesteśmy polakami. To jak twierdzą jedyna narodowość, która po wejściu w nocy w tej temperaturze po prostu pyta o jedzenie nocleg i robi swoje. Zawsze wywołuje to uśmiech na mojej Twarzy jak na innych kontynentach z pośród dziesiątek krajów europejskich to my Polacy jesteśmy rozpoznawani jako doświadczeni, dobrzy i szaleni podróżnicy. Mają rację, następnego dnia zdjęciami udowadnialiśmy że weszliśmy. Od kilku dni tylko nieliczni Polacy zdobywali szczyt.

Znają nas i nikt już nie udowadnia że bez przewodników nie wejdziemy. Polacy zdobywają  zimą szczyt prawie z marszu. Tak było i tym razem. Cała nasz piątka zdobyła szczyt. Wszyscy po małych przygodach z trasą gdzie na długości 6 km na szczyt prześlijmy 10 km.zdobyliśmy szczyt.

Dumni wyczerpani i zmarznięci po południu byliśmy z powrotem w schronisku. Znów sami zrobiliśmy sobie ciepły posiłek i byliśmy gotowi do zejścia do Imlil do samochodu do Marrakeszu i dalej samochodem do Agadiru na jacht. Jacht i załoga następnego dnia wypłynęli na kilka kilkaset mil na otwarty Ocean. Dopłynęli bezpiecznie po kilku dniach na wyspę Lanzarotte.

Samo wejście to przepiękne panoramy, nam towarzyszyły tej zimy też chmury dając pięknie urozmaicone niebo. Niestety niespodziewanie w drodze na szczyt napotkaliśmy wiatr wzmagający się w szkwałach na szczycie do 60-70 km/h.  Znacznie obniżał odczuwalną temperaturę. I z łatwego podejścia zrobiło się naprawdę wyczerpująco. Samego podejścia i zdobywania szczytu jak zwykle nie opisuję dokładnie. To był i jest magiczny czas gdy każdy walczy z sobą i dla siebie. Takie opowieści można usłyszeć tylko osobiście.

 

 

Zimowe wejście na Jabal Tubkal w Afryce – Szczyt

W drodze na szczyt poznaliśmy siebie i górę.

 

Dziękuję żnie i córeczce że mam dla kogo walczyć oraz Kubie za świetne towarzystwo i oparcie w wyprawie oraz zdjęcia wykorzystane we wspomnieniach.

„Jachtem na Pustynię i do centrum Filmu przygodowego” > MAROKO

Krótka relacja z naszej wyprawy na Pustynię, w trakcie kilku miesięcznej podróży jachtem z Chorwacji na Wyspy Kanaryjskie

Pustynia, jadąc tam kojarzyła Mi się z wydmami i wielbłądami 🙂
I tak jest, są wielbłądy i wydmy i chce się pić 🙂 jak się po nich trochę pochodzi, nawet jeśli robimy to dla zabawy 🙂
Dodatkowo odkryłam coś czego absolutnie się nie spodziewałam, a pomógł mi w tym pewien zaprzyjaźniony Beduin 🙂
Miałam jechać na pustynię 🙂 choć teoretycznie mieszkałam już na niej ale chciałam zobaczyć jak to jest widzieć wydmy aż po horyzont z każdej strony 🙂 i jak okiem sięgnąć.
Dostałam ścisłe instrukcje –„Jedź tu a nie tu, ceny są takie a takie i nie daj się naciągać jak zwykły Japoński turysta z aparatem, który płaci za wszystko jak za zboże :). Przy okazji jak będziesz tam jechać zaraz za miastem jakieś 15 km są FOSILLES 🙂 tylko nie wchodź do sklepu jak turyści :)”
Zaczynam podejrzewać że TURYSTA to jakieś hasło i chyba nie znaczy nic dobrego 🙂

Ok. jadę więc za miasto 15 km widzę na górze piękny napis SKAMIENIAŁOŚCI czyli FOSSILES ułożony na górze z białych kamieni skręcamy więc z asfaltowej drogi, w coś co chyba jest drogą 🙂 po prostu jeździły tam wcześniej samochody bo widać ślady kół.
Czyli ktoś tam jechał więc już jest nie źle wjeżdżamy na górę jest tu jakaś chałupka nikogo do okoła i wszędzie piasek i kamienie.

Super i co ja mam sama teraz tu znaleźć 🙂
Tak naprawdę nie do końca byłam sama bo był ze mną mąż i córka i byli tak samo zdezorientowani jak ja.
Byliśmy za to gotowi na przygodę, a w Maroko jest o nią wyjątkowo łatwo. Usiadłam na kupie kamieni 🙂 popatrzyłam pod nogi na kamień który mi przeszkadzał I AŻ MNIE ZATKAŁO 🙂 schyliłam się niżej a na kamieniu odciśnięta łodyga roślinki. Pierwsza myśl, to pewnie jakaś ŚCIEMA 🙂
Patrzę na następny a tam 3 muszelki ślimaka, przyglądam się następnym i okazuje się że tu nie ma ani jednego kamienia bez skamieniałości 🙂
Mohamed miał racje :)!!! Wystarczy że tu przyjechałam i sama znalazłam, piękną Gablotę Muzealną.
Pamiętam jak chodziłam z Rodzicami do Muzeum i patrzyłam na te fascynujące eksponaty ale nie wolno Mi było ich dotykać !

A tu, stoję na jednej wielkiej gablocie! Nie mogłam uwierzyć że to prawda że naprawdę tu tyle tego jest, ale przecież jest 🙂 Miejscowi po prostu wydobywają i sprzedają Turystą bardziej imponujące Eksponaty, ale każdy może pobawić się w Archeologa 🙂
Ciężko w to wszystko uwierzyć jeszcze kilko dni temu mieszkałam na jachcie zbierałam muszelki na plaży na której było ich tyle że nie chodziliśmy po piasku tylko po muszelkach a teraz jestem na Pustyni i nie chodzę po wydmach tylko po eksponatach muzealnych 🙂

Coś deficyt piasku mają w tej Afryce 🙂
W każdym razie super uczucie zbierać i odkrywać skamienielinę, za skamienieliną 🙂 Suprę uczucie już wiem co to „Gorączka Złota”- może następna będzie większa i na pewno inna i bardziej pociągająca.
Tak minęły nam 4 godziny, efekt kilkanaście kilo kamieni w bagażniku i ogromna satysfakcja.
Później zachód słońca i wydmy i wielbłądy super romantycznie i bajecznie jak z filmu przygodowego „Sahara”. Ale porównanie do tego filmu było by nie na miejscu bardziej pasował by tu Film „Indiana Jones”.
Wracając do hotelu nie spodziewałam się następnych przygód a tu przed nami wyrosła Góra na środku pustkowia z piękną bramą, żywcem z któregoś z odcinków \\\”Indiany Jones\\\” , skręcamy z głównej drogi i jedziemy 10 min bezdrożami. Wjeżdżamy do centrum bajkowej góry, wszystko jest tu nie wyobrażalnie wielkie zaskakujące i filmowe.
I znowu dobrze znane uczucie z przed kilku godzin czy to nie LIPA 🙂 Wygląda na to że to nie makieta filmowa 🙂

Co jest w tej Pustyni, że jest kompletnie nie taka jakiej się spodziewamy i w tym Maroko że nas tak zaskakuje, to czego się spodziewamy jest.
I jest fajnie że nas nie rozczarowuje ale to czego się nie spodziewamy jest o wiele lepsze. Daje uczucie nawet nie wiem jakie 🙂 trudno je opisać jest takie wzruszające i obezwładniające jest wielką przygodą 🙂

Wyprawa z pokładu 2 i 3/4 – piaskami Sahary

Wyprawa z pokładu 2 i 3/4 – piaskami Sahary

Riady, domy z dziedzińcem i oknami do wnętrza.

 

Jest drugi luty. Słońce gaśnie w basenie za oknem. Cienie zamykają drzwi na świat otwierając drogę do wyobraźni. Za murami jeszcze widzę góry pokryte drzewami arganowymi i słyszę szum piasków pustyni. Kilka minut dalej jest ocean i bezdroża Afryki. W mojej pamięci czuje wciąż żywe wspaniałe wspomnienia ostatnich dni.

 

Ostatnie trzy tygodnie były bardzo intensywne. Wydarzyło się dużo dużych rzeczy. Poznaliśmy i nadaj poznajemy smak życia w Afryce. Delektujemy się wolnym czasem z mieszkańcami maroka i ekscytujemy naszymi własnymi planami które są wymagające i mocno nas forsują.

Poważnie myślałem o dyktowaniu wspomnień. Pewnie że zabiera to magię pisania. Dlatego tego nie robię. Ale co dzień jest tyle fantastycznych ludzi których spotykamy. Tyle myśli, gestów, chwil którymi warto się podzielić że doba nie wystarczy na przeżywania i o tym pisanie. Obiecałem sobie dzielić z innymi entuzjazmem który mnie osobiście daje energii do pokonywania samego siebie. Ale przeszkadza mi w tym za krótka doba.

 

Wyprawa 2 i 2z3 na pustyni

Noclegi i ostatnie zakupy Maroko

Ostatnia noc w zaludnionej części Maroka upłynęła nam z Mediną Fezu za oknami. Jak w każdym mieście Afryki to do na należy wybór gdzie spędzimy noc. Albo warunki znane i porównywalne z propozycji z Bookingu. Albo warunki często zaskakujące ale bliskie ludzi i życia Afryki z miejsc polecanych przez poznanych ludzi których obdarzymy choć odrobiną zaufania. Po pierwsze w Afryce wszystko co ma 3 i mniej gwiazdek należy sprawdzić z opiniami osób które wypowiadają się o lokalizacjach. Często zdjęcia to o wiele za mało niż się będziecie spodziewać. I my też po tygodniach Sahary i radiów chcemy czasem komfortowy ciepły prysznic. Ale to bardzo szybko się nudzi jak jesteśmy w tzw. europejskim hotelu. Jednak świadomie wybierajcie czego potrzebujecie

Nie wybierajcie tylko po rekomendacji Bookingu. Jak wytłumaczyła nam to Dagmara z Dar Banana i Riadu Suliman, punkty Booking przyznaje za ilość prowizji jakie oddaje się do ich portalu. Zatem dobry w booking, to nie znaczy dobry dla Was a tylko dochodowy dla Booking.

Dobry portal to TripAdvisor, ściągnijcie go sobie przed podróżami i zarejestrujcie. Później szkoda czasu. Przeszukiwanie noclegów to świetna zabawa . Dzwońcie do obiektów z telefonu wcześniej kupionego w każdym kraju. Dzwońcie rano na kilka dni wyprzedzenia, nie wcześniej. Afryka to nie Paryż czy Amsterdam, noclegów nie braknie szczególnie poza sezonem. Booking zabiera ok 20% za pośrednictwo, dość łatwo zatem wynegocjować właśnie te 20%. Szczególnie w miejscu gdzie przy telefonie jest właściciel lub osoba mające pole decyzyjne. Czyli im mniejsze miejsce tym większe rabaty bez portali bukujących. Lub od razu pytajcie o managera lub właściciela. Oceniajcie też miejsca gdzie mieszkaliście na portalach, dajcie innym wskazówki.

Wyprawa 2 i 2z3 – drugi z dwóch robi zdjęcie a kniec drogi jest tam gdzie horyzont i tam gdzie sięga wyobraźnia !

Nasza droga po noclegach tej części Maroka jest jak zawsze niepowtarzalna. Każdy taką musi odbyć sam. I każdego droga będzie też niepowtarzalna.

Nocleg w Fezie znalazłem sam Riad Fes Aicha (miły zimny ale czysty i zaskakująco Marokański Riad, polecam).  Tam manager wskazał nam wyjątkowy Ria Suliman z polską właścicielką Dagmarą w Marrakeszu. Teraz jestem w Dar Banana, drugim domu Dagmary z Marrakeszu, tym razem w Aurir koło Agadiru. Oczywiście wszystkie te adresy to przypadek, szczęśliwy jak większość bo miejsca i ludzie w nich są świetni. I oczywiście tej drogi nie da się znaleźć w Bookingu.

Z serca zatem zalecam przy podobnej wyprawie. My podróżujemy Dacia Duster, wypożyczenie to 400 dh dziennie (to ok 210 PLN). Nocleg to ok 300 – 400 hm dziennie ( pokój 3 osobowy to ok 210 PLN). Bez luksusów. Dlatego tylko raz na kilka tygodni wybieramy hotel europejski (są znacznie droższe i prawie niczym nie przypominają Afryki). Na co dzień mieszkamy jak najbliżej Marokańczyków się da. To dość spokojne rozwiązanie szczególnie że My to też córeczka Kalina 11 lat. I jej dobro i bezpieczeństwo jest oczywistym priorytetem. Wybieramy Riady, Dar-y, i miejsca mające ducha Maroka.

Przy podobnej konfiguracji wyprawy i konieczności nocowania w nieznanych miejscach w samochodzie powinny się znaleźć;

Za górami Algeria a obok nas szarfa asfaltu na pustyni

Przedłużacz tak z 4 metry i 5 gniazdek. W Riadach (domach gdzie okna są na dziedziniec domu w jego środku), hotelach i Dar-ach (domach podobnych do europejskich) często są max 2 gniazdka na pokuj. Zakładając że macie 2 telefony, aparat, często komputer itd to raczej się nie podładujecie ze wszystkim. Cóż znam takie osoby które będą wstawać co 4 h żeby zmienić urządzenia albo czegoś nie naładują. My zabieramy przedłużacz, to 20 dh (czyli 11 PLN) I oczywiście czajnik elektryczny koszt to ok 20 PLN.  Jesteśmy w Afryce, nocą temperatury spadają do minusowych. Kawa dla nas i herbata dla dziecka powinna być zawsze pod ręką. Dla mnie niezbędne przy dziecku jest też źródło ciepła. najczęściej w holetach dobrych jest klimatyzacja która ma też opcję grzania. Z doświadczenia w 7 na 10 przypadków nie działają. Urządzenia jak nasza polska Farelka to tylko ok 50 dh (jakieś 29 PLN). A w nocy nie musicie w pokojach ubierać sie we wszystko co macie i wieczór też staje sie dłuższy jak jest komfortowym. Zatem mały pakunek do kupienia w każdym mieście w Maroku przydaje się zawsze wieczorami. Przemyślcie jak jeździcie samochodem.

I jeszcze jedna ważna wskazówka. Zanim wyruszycie na Sacharę upewnijcie się że macie pod ręką papierosy, ogień i oczywiście dużo drobnych słodyczy dla dzieci. To waluta która rozwiązuje nieufność pasterzmy a nawet Berberów i ich rodzin. To prezent o który mogą prosić, to normalne dla mężczyzn i też dzieci. Ofiarowanie ich nie zmienia nic, nikogo nie upokarza, a zamiast nieufności spotkacie uśmiech i braterstwo.

 

Za oknami Camele i od kilku godzin brak ludzi. Pięknie !

Bezdroża

Z Fezu do El Aioun jedziemy autostradą A2. Niesamowite jak można w południe jechać autostradą przez godzinę i nie spotkać w żadną stronę jednego samochodu. Jaka to ogromna inwestycja żeby w przyszłości otworzyć nowe możliwości dla odciętych do tej pory regionów państwa. Zazdroszczę.

W El Aioun planowaliśmy zjechać na drogę R607 do Jerada. Jednak po 40 km droga okazała się jedno pasmowa w obie strony, trochę mało bezpiecznie jak na nocną podróż. Zatem wróciliśmy się do autostrady i do Jerada dojechaliśmy przez Ważda.

Dalej ale jak na noc o wiele bezpieczniej. Świetne drogi jak na tak ubogie regiony.

Pamiętajcie że 95% stacji benzynowych w Afryce nie działa po zachodzie słońca. Na stacjach jest wyłącznie paliwo i podstawowe płyny. To nie są europejskie stacje z supermarketami i restauracjami.

Nie liczcie też na części, jedzenie czy toalety. Na dodatek na 90% stacji musicie mieć gotówkę. W ostateczności przyjmą Euro lub dolary. Nigdzie poza dużymi miastami nie zapłacicie kartą.

W bezludnych terenach Booking i google to nie narzędzie do szukania noclegów. Ja korzystam z aplikacji Maps.Me to darmowa aplikacja off-line. Niezła bo wskazuje też noclegi i nawet bardzo rzadko uczęszczane szlaki piesze. Mapy ściągniecie sobie w domu za darmo z Internetu na całą przestrzeń planowanej wyprawy. I będzie wam służyć wszędzie gdzie nie będzie Internetu. Cóż oczywiście musicie mieć mapę papierową.

To cud że czasem są znaki, droga za to po godzinie przestała być rozpoznawalna

Podróż nocami i daleko od szlaków turystycznych ma swoje dobre i złe strony. Cóż jak nie ma dużo turystów to wszyscy jesteśmy nagle czymś wyjątkowym. Nie chwalcie się specjalnie znajomością języków a raczej witajcie wszystkich z uśmiechem i akceptacją. Tutaj nawet czysty arabski Wam się nie przyda, wszyscy mówią berberskim lub innymi narzeczami. Francuski tylko wśród wyższych urzędników. W końcu jesteście na ich ziemi i w domach rdzennej ludności tych terenów.

Mapa kawałek kartki i długopis to zawsze trzeba mieć w kieszeni. A uśmiech jest lepszy od słów. Jak lubicie ludzi porozumiecie się zawsze ze wszystkim. Minus to że to tereny nie opisane i nie poznacie ich przez Internet. Czyli nie zrażajcie się że google Wam powie że najbliższy bankomat jest za 200 km i nocleg też. Zapytajcie kogoś, będą bliżej i na pewno Wam się nic nie stanie po drodze. To cudowne i rozbrajające że biedni ludzie podzielą się z Wami ostatnim chlebem z uśmiechem na ustach.

Postarajcie się też tak robić a świat będzie miał więcej uśmiechu dla podróżników!

 

 

 

Ludzie

Ważne, w całej Afryce północnej bardzo często zdarzając się kontrole policyjne. Najczęściej na granicy miast ale też na krzyżówkach i ważnych skrzyżowaniach. Nie są groźne, służą też dla naszego bezpieczeństwa.  Poproszą o paszporty i sprawdzą czy mamy pieczątki przejść granicznych. W Maroku dostaniecie indywidualny unikatowy numer. Będzie wpisany długopisem. Będzie Wam towarzyszyć w tym kraju na zawsze. To ten numer policja wprowadzi do komputera. Dla mnie to poczucie bezpieczeństwa bo w tan sposób pozostaje ślad gdzie jesteśmy.

Wiecie na pewno (wielu podróżników na to uczula), wasza trasa musi być komuś znana w kraju. Ktoś zawsze powinien wiedzieć gdzie jesteście i gdzie będziecie.

Rzeka i woda to życie ale też wygoda

My co rogatki z uśmiechem witaliśmy nowych policjantów. W środku nocy w temperaturze – 7 stopni zawsze tam są. Pytają jak nam pomóc, choć niewiele mogą zrobić i tak mam cały kalendarz napisanych odręcznie na naszej masce map, telefonów i wskazówek. Świetne, miło po 6 godzinach bezdroży spotkać kogoś przyjaznego w środku nocy. A po horyzont nawet jednego światła latarni i żadnych oznak cywilizacji oprócz jedno pasmowej drogi. Ja z Europy pamiętam tylko mandaty wypisywane przez policję, nie instrukcje pomocy 🙂

Dojechaliśmy do Bouarfa. Jest zimno słonecznie i pięknie. Wszędzie bezdroża i góry. To tereny graniczne zatem co dziesiąta spotykana osoba jest w mundurze wojskowym.  Algeria dla Marokańczyków też jest niespokojnym i konfliktowym krajem. Poznaliśmy tam nomadów i pasterzy. Uśmiecham się jak wspominam książki Fantazy, jak to świat się zmieni jak braknie prądu lub innych mediów.  Nie prawda, dla tych ludzi nic się nie zmieni. Brak prądu zauważą po kilku tygodniach jak w sklepie gdzie wymaniają się produktami uzyskanymi z mleka i pracy własnych rąk nie będzie lampki elektrycznej. Oni żyją jak dziesiątak i setki lat temu. Ze zdobyczy cywilizacji mają tylko pojemniki z tworzyw sztucznych. Czyli zmora i śmieci naszych czasów.

Z nomadami spędziliśmy magiczny czas jak w minionych wiekach. Miałem przyjemność paść kozy i owce. Dzień zaczyna się od mycia, modlitwy, herbaty i tłustego skromnego śniadania. Następny posiłek za 10 godzin. Dziesięć godzin ochrony stada i szukania trochę bogatszych niż sam piach pastwisk. Czyż to nie piękne że oni się nie niecierpliwią. Ale żeby wiedzieć że w 10 godzin można zrobić setki rzeczy. Odbyć 8 godzin pracy i iść do kina. Pobiegać, poznać kogoś nowego spotkać przyjaciół.  Żeby brakowało czegokolwiek co my znamy trzeba to znać. Jak od dzieciństwa oni się cieszą słońce, ptakami, trawą i cieniem w południe to daje im szczęście.  Z nas śmieją się że brak nam cierpliwości. I oczywiście mają rację !

Wyprawa 2 i 2-3 – nieznane regiony Maroka

W małych miastach jak Bouarfa nie zjecie już znajomych potraw. Najbardziej przyjazną potrawą jest kurczak z grilla, na całym świecie prawie taki sam. Tutaj tylko trochę więcej curry :). Są też lokalne szaszłyki i znany wszystkim z Maroka Tadzin. Do wszystkich potraw dodawany jest sos do zanurzania w nim ryżu i chleba zawsze dokładanego do dania.  Sztućce też są tylko dla marudzących turystów. Na Saharze je się rękoma albo nożem.  Zawsze jest też mała sałatka jako starter i dodatek. I tylko w dużych miastach gdzie turyście się nie znają te produkty mają dodatkowe ceny. Cena za Kurczaka, Tadzin itd. zawsze zawiera chleb, ryż, sos, i sałatkę. A obiad dla nas Trojga, w świetnej atmosferze i do syta to ok 10 euro. Chciałbym tak zjeść w Polsce za 42 PLN. W Maroku głodni zawsze dostaną coś do jedzenia. Choć nie tolerują tu ludzi nie chcących pracować. Za posiłek często trzeba coś sprzątnąć. Jak jedzenie jest cenne to ludzie też łatwiej nim się dzielą. Wszystko na pustyni jest prostsze, jak na morzu gdy dbamy o jedzenie, ciepło i bezpieczeństwo. Godziny są długie ale dni i tygodnie mijają w mgnieniu oka. Czas mija i daje nam szczęście przeżytych niepowtarzalnych chwil.

 

Zawsze przed wyborem drogi dla naszych załogantów na rejsie morskim i oceanicznym też staram się wcześniej się skrupulatnie wysłuchać załogi.  To fascynujące jak wartościowe drogi i marzenia mają ludzie. Jak każdy człowiek jest nieodkrytym światem i każdego historia jest ważna i warta wysłuchania.

Nieważne czy jesteśmy finansistami, managerami czy nomadami. Ale lepiej jak jesteśmy solą ziemi a nie jaj przekleństwem.

Podczas rejsów, nocami już samotnie w nawigacyjnej lub jak teraz w Dar Banana w Aurir w Maroku, myślami wracam do ludzi i przygód. Zastanawiam się czy wiem o nich wystarczająco żeby pisać, uśmiecham się do własnych myśli wspominając innych uśmiechy i zabawne historie.

 

 

Droga i przygoda, bez końca !

Cóż, żyć to czuć i marzyć ! Poznawać, ryzykować i uśmiechać się na początek i koniec nawet po błędach.

Zapraszam, następna przygoda podczas wyprawy zaprowadzi nas na dach Afryki do Atlasu Wysokiego. Opiszę to niebawem.

 

 

 

 

Wyprawa z pokładu 2 i 3/4 – Bezdrożami w poszukiwaniu Maroka

Wyprawa 2 i 3/4 – Bezdrożami w poszukiwaniu Maroka      

Tanger z pokładu jachtu w basenie portowym

Tanger z pokładu jachtu w basenie portowym – styczeń 2017

         

Słupy Heraklesa

 

Logistyka wyprawy to fascynujące zadanie. To jeden z elementów podróży i wypraw która dają mi ogromną satysfakcję. Jest 20 stycznia i pracuję rano w Riadzie Suliman w Marakeszu.

 

Mamy za sobą 5 tys km drogami Maroka i dziesiątki przygód oraz cudownych wspomnień. Nawiasem mówiąc tan Riad jest oazą na pustyni. Dagmara jego właścicielka jest jak książkowy przewodnik ze starych opowiadań. Wzbudza zaufanie i nigdy go nie nadużywa. Ale do tego wrócę.

 

Maroko to północna zachodnia brama Afryki. Jej brzegi i największe miasta już są prawie europejskie ale bezdroża nadal dzikie, piękne i pełne zagadek wartych poszukiwania.

Dlatego też wyprawa do Maroka była jednym z planów przyszłości, który doczekał się właśnie realizacji. Od lat prowadzimy wyprawy z pokładu jachtu, namawiamy żeglarzy do podróży i poszukiwania zapomnianych miejsc, ludzi i legend. Ale rzadko mogliśmy na więcej niż kilka dni opuścić pokład naszych jednostek.

Pięć tygodni temu, na początku grudnia okazało się że nasz zespół wyprawowy musi pilnie zmienić i przyspieszyć prace nad wyprawą do Maroka. Jesteśmy tu systematycznie tu od wielu lat, ale podróż do korzeni Maroka musiała poczekać na dokończenie ważnych przygotowań formalnych i logistycznych.

Nasz zespół to 2 i 3/4 czyli Ja, moja Żona Edyta i 11 letnia córeczka Kalinka. W tej wyprawie już występująca jako 3/4. Razem z nią doszliśmy do wniosku że nie jest już malutka a jest średniakiem i w pełni się angażuje w nasze życie i podróże. Uczy się w szkole pozwalającej na pracę na odległość i razem z nami żyje i podróżuje. Zatem dopiero od zeszłego roku cały nasz zespół został przygotowany formalnie do wypraw trwających czasem nawet kilka miesięcy.  W przypadku naszych formalnych przygotowań było chyba nawet trudniej niż u córki. Nasza praca zawodowa to podróże morskie oraz szkolenia sterników i kapitanów. Tym razem musieliśmy być blisko naszego jachtu ale dzięki naszym doskonałym sternikom już bezpiecznie możemy opuszczać jego pokład nawet na kilka tygodni.

Tu ukłony dla  sterników. Są odważni i odpowiedzialni. To mieszanka tak rzadko spotykana u podróżników że jestem dumny znając ich i widząc jak doskonale radzą sobie i rozwijają swoje umiejętności. Praca z nimi to przyjemność.

 

Zatem nasz jacht płynie wybrzeżem zachodniej Afryki od 3 tygodni. Podczas pierwszego z nich sam go prowadziłem teraz stery  przejął mój przyjaciel i doskonały sternik. My w Tangerze zeszliśmy z pokładu rozpoczynając wyprawę bezdrożami Maroka. Śledzimy i prowadzimy z brzegu logistykę jachtu z brzegu. Każda nowo poznana osoba i zwyczaj poprawia też bezpieczeństwo i przygotowania naszej podróży morskiej dla żeglarzy pływających z nami.

 

Gibraltar - widok z pokładu jachtu styczeń 2017

Gibraltar – widok z pokładu jachtu styczeń 2017

Gibraltar czyli brama na Ocean to też ostatni bastion cywilizacji starożytnych. To też początek każdej  podróży za ocean. Za nim rozciągał się ląd dziki nieznany pełen niebezpieczeństw i potworów. My jako kapitanowie przekraczamy go systematycznie, czasem zapominając że mijamy bramę świata starożytnych cywilizacji.

Cieśnina to nie tylko trudny przesmyk morski i miejsce kontaktu dwóch kontynentów. Tylko my przeżyliśmy tam sporo przygód, a o jeszcze większych słyszeliśmy. Jest teraz doskonale opisany i kontrolowany, a nadal wielu kapitanów tam zawodzi i jachty i statki gęsto ścielą jego dno. W grudniu 2016 roku zatoną na Gibratarze następny jacht. Do niedawna cieśnina była jednak bardzo zdradliwa i nie do ogarnięcia, jeśli chodzi o pływy, prądy i lud zamieszkujący jego ziemię.

 

Dzisiaj przepłynięcie z La Linia (La Line de La Conception) i Gibraltaru jest możliwe tyko do Ceuty. Można to zrobić bezpiecznym promem, kursuje do 6 stopni boforta. Czyli jakieś 7/8 czasu w miesiącach zimowych.

Prom kosztuje kilkadziesiąt euro a przewiezienie samochodu to dodatkowe 120 do 150 euro. Ceuta to nadal terytorium Hiszpanii z którego do Maroka prowadzą dwa przejścia w osławionym płocie granicznym. Do Polski ta informacja w ogóle nie dotarła ale Afrykanie w grudniu znów przerwali granicę z Ceutą i prawie 200 osób próbowało przedostać się do Europy. Nowego świata i kontynentu marzeń i możliwości.  Wielu się udało ale schwytani zostali deportowani do centralnej Afryki.

 

Tanger Med - widok z cieśniny Gibraltarskiej

Tanger Med – widok z cieśniny Gibraltarskiej

My jak zawsze przepłynęliśmy przesmyk swoim jachtem, tym razem 2 stycznia. Samo miasto Ceuta często rozczarowuje tych którzy spodziewają się tam ducha centralnej Afryki. Ale zachwyca Afrykanów spodziewających się Europy. My spędzamy tam tylko jedną noc i płyniemy do Tangeru, gdzie stojąc na granicy portu rybackiego jesteśmy kilkaset metrów przed pięknym starym centrum miasta. Czyli przed Mediną.  To miasto nie jest przygotowane do przyjmowania jachtów dlatego nasz pobyt już daje odczucie prawdziwej dzikiej przygody. Miejsce gdzie jest jacht jest bez prądu, wody, jest otoczone policją imigracyjną i wojskiem.

Jednocześnie po tylu latach znamy tam wszystkich i czujemy się często bezpieczniej niż w wielu bezimiennych marinach tzw. europejskich. Ale do tego trzeba było wielu lat kontaktów i zdobywania zaufania też Marokańczyków ! Cóż zatem wypracowaliśmy sobie bezpieczeństwo i zaufanie.

 

Nawet ja uśmiechnąłem się w duszy jak znów po 8 miesiącach nieobecności zostałem przez wszystkich rozpoznany i przyjęty jak dobry przyjaciel.  Tak też nasi koledzy z załogi cieszyli się przyjęciem do grona bliskich znajomych a nie traktowaniem jak turyści.

W Tangerze przestrzegam podróżników przed chodzeniem po głównych ulicach.

Najprościej będzie jak dojdźcie do Cafe Centrum w Medinie Tanger, tam znajdziecie kierunkowskaz na KAZBACH (stary zamek na szczycie mediny). Zatrzymajcie się w samym Cafe CENTRUM, jest jak miejscowa kawiarnia dla reporterów. I co ważne doskonała Marokańska Herbata i Internet (hasło do Internetu to; 20172018). Tam też kelner opowie i wskaże kierunek dróg i zwiedzania nie dla turystów z promów.

W drodze na Kazbach i w nim są miejsca gdzie pracują prawdziwi miejscowi rzemieślnicy i nie kupicie produktów z Chin. Tam też można dobrze i niedrogo zjeść. Dla mężczyzn polecam słaną kawiarnię BABA. Ci co ją znajdą zrozumieją. Choć odwiedziło ją sporo muzyków i słanych ludzi nadal jest kolorowa i kontrowersyjna. Odradzam jednak noce w tej kawiarni bo powietrze jest ciężkie od zapachów wszystkiego co miejscowe.

 

Nie zapomnijcie też o sławnym klubie męskim „Les Fits du Detroid” przed bramą do Muzeum Kazbach w Tangerze. Tam za koszt Marokańskiej herbaty posłuchacie rdzennej muzyki. Po krótkiej namowie przyjmą pod dach też kobiety.

 

Pustynie Maroka

Pustynie Maroka

Po pierwszym tygodniu spędzonym na cieśninie Gibraltarskiej na pokładzie naszego ekspedycyjnego jachtu Sistrum, przesiedliśmy się do naszego samochodu. najkorzystniejszym rozwiązaniem z samochodów w jakikolwiek sposób przygotowanych do bezdroży, okazała się Dacia Duster. I podkreślam najkorzystniejszym, bo nie najlepszym. Brak napędu na dwie osie już po dwóch tygodniach kazał mi kilka godzin przegarniać piski pustyni z pod kół.  Cóż nie wiem czy to będę bardziej pamiętać czy masę miejscowych Berberów obstawiających czy mi się uda. Udało się i byłem dumny i brudny jak Camel 🙂

Dacia Duster kosztuje ok 400 MED na dzień. Pali natomiast 6 litrów na 100 km. I to przy naszych przebiegach szacowanych na ponad 10 000 km przeważyło nad terenówkami 4×4. Miejscowe palą ponad 10/100 km i to te najnowsze.

Miejsca w niej jest dużo a zdarzyło nam się nie raz w niej lub przy niej spać. Bez troski i niewygody daliśmy sobie radę.

 

Szczyt Dzabal Musa - w tle Ceuta i ciesnina Gibraltar

Szczyt Dzabal Musa – w tle Ceuta i cieśnina Gibraltar

10 stycznia na pokładzie miałem urodziny, tuż po tym jak nasz kolega Jerzy miał je 9 stycznia. Zatem pierwszą symboliczną lampkę (raczej kubek jachtowy) szampana wypiliśmy mijając od strony morza skałę Gibraltarską.

Moim prezentem było zdobycie kolosów Heraklesa.

 

W starożytności w III w. p.n.e. świat kończył się na Afryce. Jej teren był nieznany i niegościnny a mitologiczny Herakles podczas swojej 10 pracy miał zatrzymać kolosy. Jeden z nich to skała Gibraltarska drugo to Dżabal Musa w Maroku lub Monte Hacho w Ceucie. Płynąc przez cieśninę widzimy oba.

 

Majestatycznie wyróżniają się te szczyty ostrzegając przed wodami oceanu Afryki na które nieuchronnie wpływamy. Ją piękne. A widok z nich jeszcze piękniejszy.

Wejście na szczyt Gibraltaru nie jest trudne. Liczne ścieżki dlatego zdobyliśmy go obiegając cały kraj Gibraltar o świcie. To raptem 30 km. Zdobycie drugiego ze Słupów (kolosów) jest już trudniejsze.

 

Wyprawa rozpoczyna się z miejscowości  Belyounech i szlak niestety nie prowadzi na szczyt. Jeśli chcecie to rzobić to trzeba do niego dotrzeć niepewnymi ścieżkami miejscowych.

Jest to możliwe i nie niebezpieczne. mnie wejście i zejście zajęło tylko kilka godzin. Widok na Europę z Afryki jest piękny.

W miejscowości wyjścia uzupełnimy zapasy wody (świetny mały sklepik z obsługą posługującą się angielskim jest koło meczetu) oraz ostatnie wsparcie opowieści miejscowych. Ponieważ Musa to szczyt 900 metrowy, najwięcej o nim wiedzą miejscowi pasterze.  Niestety nie radzę iść na niego samemu nie znając wcześniej Maroka. To miejsce gdzie teraz ukrywają się osoby chcące nielegalnie przedostać się do Ceuty.  Zatem to łatwy niebezpieczny szczyt.

Pamiętajcie zdobycie Słupów (Kolosów) Heraklesa jest warte zachodu i można je zdobyć. Po rozmowie z miejscowymi Mohamedem dowiedziałem się że zimą podróżnicy zaglądają na Dżabal Musa bardzo rzadko i ostatni przede mną kilka miesięcy wcześniej.  To super uczucie odkrywać coś tuż za rogiem znanych szlaków. Widziałem ze szczytu Gibraltar, Tarifę, Tanger Med, Ceutę, Europę i Afrykę. I choć ostatniego człowieka widziałem w wiosce wyjścia zaledwie kilka godzin wcześniej, to będąc na dachu cieśniny gibraltarskiej czułem się wyjątkowo widząc to piękne miejsce samemu.

 

Droga do przygody

Droga do przygody

Utarte szlaki są dobre dla Biur Podróży, a to co pobudza wyobraźnię podróżników leży najczęściej blisko i wymaga tylko kilku kroków w bok.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dzisiaj zaczynam przygotowanie do wejścia na Dżabal Toubkal. Zdobycie szczytu planujemy na niedzielę. Temperatura odczuwalna na szczycie to -30 stopni. A piszę te słowa z Marakeszu w krótkim rękawku, temperatura 18 stopni.  Świat jest piękny różnorodny choć wymagający.

 

Ale oczywiście gdyby Świat nie był wymagający to już by tak nas nie cieszyło !  

 

 

Rodzinne życie na Fali

Rodzinne życie na Fali

straslund-rodzinne-zycie-na-fali

To już tak wiele lat, gdy większość czasu spędzamy całą rodziną na falach, tak wiele lat że powody tej życiowej przygody powoli zaciera czas. Dzisiaj jako początek pamiętam poszukiwanie przygód dających równowagę dla codziennej pracy. Były przeróżne. Od pierwszych wielu wypadów w góry, przez skoki spadochronowe i rajdy adventure po poszukiwanie zabytków i zapomnianych pałaców rozsianych po niedostępnych miejscach w Polsce i europie.

Wszystkie zawsze prowadziły mnie do przeżyć całym sercem, pełnych uśmiechu wzruszenia, poruszających i niestety nie do opowiedzenia. To była pogoń po te chwile gdy czas się zatrzymuje, godziny trwają długo ale tygodnie upływają w mgnieniu oka.

 

Pierwsze przygody pociągały mnie całego, w górach uśmiechałem się tak samo szczerze i mocno jak widziałem chmury jak i piękne słońce.  Podczas skoków i rajdów pewnie podobnie wyglądałem jak, zafascynowany i nie zdający sobie pewnie sprawy z niebezpieczeństw i wyzwań, szalony podróżnik.  W większości tak było, dlatego też wtedy jeszcze nie towarzyszyła mi cała rodzina. Mogli nie być bezpieczni.

dalmacja-rodzinne-zycie-na-faliPierwsze kroki na morzu też przeżywałem sam. To z tego czasu wszyscy żeglarze którzy mi towarzyszyli głęboko zapisali się najmocniej w mojej pamięci. To z nimi przeżywałem pierwsze przygody, które były absolutnie niezbędne nim zdecydowałem się zarażać rodzinę morzem. dziś często starzy przyjaciele są najbardziej mile widziani na naszych jachtach jak daleko i długo jesteśmy na morzu.

Morze na jedną pociągającą i przerażającą cechę,  jak jest źle nie da się zatrzymać usiąść odpocząć, nie da się okopać i przeczekać, jak jest naprawdę niebezpiecznie jesteśmy sami z tom co umiemy i jak potrafimy wykorzystać to co nas otacza i czym się sami otoczyliśmy.

Dopiero gdy nabrałem pewności że w sytuacji trudnej, jestem w stanie pomóc rodzinie i dotrwać do skutecznie wezwanej pomocy, zdecydowałam się na pierwszy rejs z najbliższymi . Dzisiaj dziękuje kochanej żonie, najlepszej na świecie córeczce i wspaniałym przyjacielem za wsparcie i za to że jesteście ze mną w tej podróży życia na falach.

 

Dzisiaj etapy naszych rejsów odliczamy wiekiem córeczki. To znaki czasów, to tej malutkiej wzrost najlepiej pokazuje nam upływający czas. Z jednej strony to piękne oglądać jak dojrzewa z drugiej inaczej bym myślał że nadal mam 24 lata i mogę wszystko. Dzisiaj wiem że mogę wszystko, ale dopiero gdy żona i córeczka są bezpieczne  to jednak spora różnica. A ta granica przesuwa się dalej gdy mam więcej doświadczeń i umiejętności a kalinka jest starsza i świadomie cieszy się przygodami z nami.

 

kanal-koryncki-rodzinne-zycie-na-faliPierwszy wspólny rejs miał miejsce gdy nasza córeczka miała dwa lata.  Dalej już zacierają mi się cele i czas naszych wspólnych podróży.  Było ich setki, nasze maleństwo dorasta na morzu i niedaleko niego. Starałem się i dalej się staramy by córeczka była z nami jak najczęściej.

Dzisiaj po wielu godzinach naszej wspólnych przygotowań nasza córeczka uczy się na pokładzie w Polskim Ośrodku Edukacji za Granicą. Teraz Kalinka jest z mani codziennie i codziennie możemy być razem.

 

Pisanie tych krótkich wspomnień i wcześniejsze nasze zaproszenia przez przyjaciół i media zmusiły nas do przeszukania zdjęć i notatek. Samy byliśmy zdumieni jak wiele strun poruszają wszystkie zdjęcia. Setki wspaniałych przygód, miejsc i przygód. Chyba nigdy nikomu nie wystarczy czasu na przekazania przygody życia.

 

 

 

 

cy6a4184

 

 

 

W końcu piszemy swoją przygodę codziennie i codziennie idziemy do przodu !

Zatem w te cudowne święta życzymy Wam napisania cudownych wspomnień czarującymi chwilami !

Najnowsze komentarze
    Najnowsze